Kiedy się tam dostaniemy

„Jestem głodny, Everett”.

„Wiem, kolego.”

Spoglądam w dół na chłopca, który ciągnie za sobą swoje pogniecione trampki. Jego sznurowadła zwisają z tyłu jak smugi. Rozwiązany ponownie. I on się kołysze.

Gówno.

„Co powiesz, że zatrzymamy się na sekundę, co?” Przyciągam go do siebie i czuję, jak jego delikatność przyciska się do mojego biodra. Prawie nic - jak piórko. Niewielką presję wywierał wyłącznie jego wypchany plecak Pikachu. „Chodź, Lukey, usiądźmy przy tym ładnym drzewie tam. Duży ze wszystkimi kolorami. ”

Gdybym nie był już załadowany i zgarbiony jak przeciążony muł z paczki, nosiłbym małego faceta. Ja bym.

Zjeżdżamy z drogi, wspinamy się na zbocze rowu i zrzucamy nasze paczki obok drzewa. Moje zaczepiają się o moją kurtkę i szarpią mnie za ramię całą masą naszego sprzętu do spania i kilku puszek jedzenia. Za mało, za mało.

Słychać cichy trzask.

„Kurwa”, syczę, ściskając ramię.

Lucas wzdryga się. „Ev! Wszystko wporządku?"

Zmuszam się do uśmiechu. „Oczywiście, po prostu przekręciłem rękę w niewłaściwy sposób.”

Poruszam ramieniem, obracając go w kilku dużych kręgach, pokazując mu, że nie ma się czym martwić. Z dołu bije ostry ból, łopatka i ja się skrzywię. Zauważa.

„Mogę dla ciebie nosić torbę, Ev! Możemy handlować. Podnosi swój własny żółty plecak za górną pętlę i upuszcza go u moich stóp. „Jestem teraz dość silny, patrz!” Obiema rękami udaje mu się podnieść moją paczkę o cal z ziemi, a jego puszysty niebieski płaszcz marszczy się i marszczy z wysiłku, zanim spadnie z powrotem na ziemię. "Widzieć?"

„Tak silny!” Mówię mu. I on jest. Silniejszy niż jakikolwiek sześciolatek powinien kiedykolwiek być. „Ale jestem za duży na twój plecak. I nie byłoby fair, gdybyś nosił je teraz, prawda? ”

Uważa to za swoje, jego szkliste, zapadnięte oczy spadają na liście na ziemi. Szoruje je butem, a jaskrawoczerwony przyczepia się do czarnej gumy. „Nie, chyba nie.”

„Zgadza się, a my wszyscy musimy się dzielić, prawda?” Szperam w plecaku, ból w ramieniu jest już zakopany w miejscu, w którym trzymamy nieprzydatne rzeczy. Jak ból, strach, smutek.

Wspomnienia

„Tak”, zgadza się. Jego maleńki cień spada na mnie, gdy spogląda mi przez ramię, obserwując, jak wyciągam otwieracz do puszek i kontynuuję poszukiwanie puszek. „Czy możemy napić się kubka z owocami, Ev?”

„Przepraszam, nie sądzę, żebyśmy zostali.” To kłamstwo. Niezbędny, tylko na dzisiejszy wieczór.

Wyciągam puszkę, sprawdzam na wpół obraną etykietę. Kukurydza. Wulgarny, zgryźliwie chrupiący. Ale to jedzenie.

Lucas opada na ziemię ze skrzyżowanymi nogami i szarpnie torbę, otwierając się, walcząc z zamkiem, który zawsze się zacina. Wyciąga pana BearNakey. Szczęsliwa, stara rzecz z brakującym okiem i małą łzą w pobliżu jego ogona. Brudny też. Pachnie jak stary ser i mokre włosy.

Wlewam połowę zawartości puszki do każdej z naszych niebieskich plastikowych misek. Żadnych łyżek dla nas. Zerkam na niego, a on jest pochłonięty inspekcją wypchanego misia, więc wrzucam trochę kukurydzy do jednej z misek. Nie widzi, że to robię, bo byłby wściekły. Wszystko musi być sprawiedliwe. Zawsze.

Daję mu większą miskę i trzymam moją blisko, gdy patrzę, jak jego oczy przesuwają się między porcjami, upewniając się, że wszystko jest sprawiedliwe. Odwracam się Przepraszam mały człowieku, ale ten świat nie jest sprawiedliwy.

Nie protestuje, stawiając przed sobą miskę, a BearNakey przysiadł na kolanach. On na mnie czeka.

Siadam obok niego, oparty o drzewo. Patrzy w górę, wyczekująco.

„Co to jest, Ev?” - pyta.

„O rany, mamy dzisiaj specjalną ucztę.” Mój uśmiech staje się tak szeroki, że boli. To ekscytujące, podnoszące na duchu - ważne, że dobrze się bawię. „To jeden z twoich ulubionych!”

Jego łzawiące oczy rozszerzają się. „To prawda?” Trzyma miskę przed sobą, szczękę rozwiewa się w cudownym oczekiwaniu.

„Jasne, Lukey!” Mówię. Uderzyłem dziąsła dla pewności. „Duża olbrzymia miska kremowych tłuczonych ziemniaków”.

„Tak!” Wykonuje w powietrzu pięść, jakby właśnie otworzył prezent i znalazł zupełnie nowe Nintendo. Nie żeby jeden z nich tutaj zadziałał. Pan BearNakey wydaje się jednak aprobować i zwraca piątkę Lucasa.

„Tak, i my też mamy wszystkie te poprawki!” Wybieram kilka jąder w dłoń, trzymając je na wysokości oczu i oceniając smaczny kąsek przede mną. „Spójrz, jest trochę drobnoziarnistych szalotek, duża kupa kwaśnej śmietany, ton-n-ton sera ooey-gooey cheddar i… co to jest?” Ugryzam jedno z ziaren i opieram się o drzewo, moja twarz zalała się przyjemnością. „Mmm!”

„Bekon!” Odskakuje na miejsce, wylewając na kolana kilka zimnych, śliskich ziaren. Szybko je porywa, rzucając mi przepraszające spojrzenie. Wie, jak ważne jest, aby nie marnować jedzenia.

Szarpię go za włosy, uśmiechając się przez nóż wbijający mi się w ramię. „Zgadza się, proszę pana. Boczek!"

Uśmiecha się niepewnie i podaje do ust garść kukurydzy. Żuje i przełyka ślinę, uśmiech nigdy się nie waha. „Mmm!”, Zgadza się.

„Wstrzymaj się, dzieciaku. Myślę, że potrzebujemy więcej sera! Posypuję garstką wymyślonych rzeczy na obie nasze miski.

„Więcej, proszę!”, Mówi, a ja daję mu trochę więcej.

„Dobra, a teraz musimy to zamieszać”, mówię mu. „Ładnie i gładko, więc dostajemy trochę przy każdym kęsie!”

Wymienia zawartość miski wyobrażoną łyżką, a wkrótce jego tłuczone ziemniaki mają idealną konsystencję.

„Świetnie, myślę, że jest gotowy!” Chwytam kilka własnych jąder, jem. Pop-snap-swish. Zejdź na dół. „Są takie puszyste. Myślę, że tym razem przybiliśmy przepis, Lukey. ”

Kiwa entuzjastycznie głową.

"Dokładnie. Czy czujesz, jak para unosi się z miski i ogrzewa twoją twarz? Czujesz serowy bekon? Spróbujmy jeszcze raz. ”

Robi, duży i zamyka oczy.

„Poduszkowe miękkie ziemniaki wypełniają usta do pękania, tak jak dziobak, i…”

„Nie!” Poprawia mnie. Jego słowa są stłumione, wypukłe policzki. „Statek!”

„Gibon?” - pytam, udając całkowite zakłopotanie. „Och, głupie ja, właśnie tak - wiewiórka!”

Kręci głową, rozbawiony moim idiotyzmem.

„Ściskasz ziemniaki od policzka do policzka. Słony, pikantny smak tańczy na twoim języku, kawałki bekonu od czasu do czasu szczotkują twoje kubki smakowe z niewielkimi wybuchami smaku. Szturcham jego opuchnięty mały policzek, a on chichocze, prawie plując swoją przeżutą kukurydzą. „Ser jest ostry i doskonale komponuje się z pikantnym zingiem kwaśnej śmietany i słodkim ugryzieniem szalotki. Twoje usta są pełne tak wielu smaków. ”

Przełyka ślinę. „Tak dobrze!” Pociera brzuch, patrzy na mnie. Miska jest już prawie pusta. „Ev?”

"Jasne stary?"

„Czy takie będzie jedzenie, kiedy tam dotrzemy?”

„Jeszcze lepiej”, mówię mu. „Stoły i stoły z jedzeniem. Każda pyszna rzecz, o której możesz pomyśleć!

Patrzy na drugą stronę ulicy, gdzie podczas naszego posiłku nie świstał żaden samochód. Nie minie też kilka godzin później. Cisza, sama.

„Mam nadzieję, że wkrótce” - mówi. Jego oczy kurczą się na twarzy, ciemne kule, zagubione.

„Ja też.” Odwracam wzrok. Nienawidzę tych chwil. Trudne. Nie jestem do tego stworzony.

"W porządku. Skończ, wielki gościu. Klepię go po kolanie. „Musimy teraz iść, dużo ziemi do pokonania przed zmierzchem”.

„Okay.” Całuje pana BearNakey w czoło, po czym delikatnie składa i zapina go z powrotem do żółtego plecaka. Stoi chwiejnie, ale na jego policzkach jest trochę więcej koloru. To jest coś.

„Więc?” Wrzucam dużą paczkę na plecy, gryząc ból, który ciągnie mnie za ramię. Nie pokazuj tego. „Jak było, wielki gościu?”

Promieniaje na mnie, szczerość tego uśmiechu rozszczepia moje serce na pół. "Pyszne!"

Dzisiaj jest zły wiatr. Wycie i jęki, kruche gałęzie masywnych dębów trzaskają i trzaskają pod nieubłaganą siłą. Szykuje się przeciwko naszemu namiotowi, który piszcząc przeciw atakowi.

Ale tutaj jesteśmy bezpieczni.

I czas na obiad.

To niesprawiedliwe, to nie powinienem być ja.

„Okej, koniec historii… jesteś gotowy na jedzenie?”

Kiwa głową i siada, kiedy odkładam książkę. Hobbit, jego ulubiony i jeden z trzech, dla których zrobiliśmy miejsce w paczce. Był to już dwudziesty siódmy mecz Bilbo w starciu z Smaugiem w naszym przytulnym małym namiocie. A może dwudziesty ósmy?

Przeszukuję nasze zapasy, szukając. Moje serce spada jak kot wrzucony do studni. Były trzy, wiem o tym. Czy ktoś wypadł?

Moja ręka uderza o coś zimnego, gładkiego. Puszka? I jest jeszcze jeden; sekret, specjalna puszka z uchwytem. Zamykam oczy i wydycham przez zaciśnięte zęby, zanim wyciągnę pierwszą puszkę z plecaka.

Zielone fasolki.

Wzdycham. Nie jego ulubiony.

Hałasy na zewnątrz namiotu się zmieniają. Dusznemu lamentowi wiatru towarzyszy drżenie i drapanie tych rzeczy. Te pieprzone koszmarne stworzenia, które zabrały Holly. To zabrało rodziców Lucasa i jego siostry i nie pozostawiło go bez nikogo. Nikt oprócz mnie.

Pieprzyć dużo dobra, które mu to robi.

Tutaj jesteśmy bezpieczni.

Napełniam nasze miski - jego kilkoma dodatkowymi ziarnami, choć jestem pewien, że ta wiadomość naprawdę by go nie podobała, gdyby wiedział.

„Proszę bardzo, Lukey.” Podaję mu miskę, a on nawet nie zawraca sobie głowy zaglądaniem do środka. Myślę, że czuje rozczarowanie. „Zgadnij, co mamy dziś wieczorem?”

Patrzy na mnie z tym samym wyczekującym uśmiechem, tymi samymi zagubionymi i smutnymi oczami.

„Spaghetti!” Łatwo jest pokazać moje podekscytowanie; to także jeden z moich ulubionych. Musisz wydobyć duże pistolety, aby sprzedać te fasole. „Świetna, duża, smaczna miska spaghetti. Z parmezanem i klopsikami, a nawet tandetnym chlebem czosnkowym z boku! ”

„Niesamowite!” Spogląda na pana BearNakey, siedzącego obok niego, na jego aprobatę. „Sghetti jest moim ulubionym, Ev!”

„Wiem, kolego. Jutro jest wielki dzień, więc pomyślałem, że dziś wieczorem będziemy mieć coś wyjątkowego. ”Potrzebuję tylko tego cholernego drzewa Charliego Browna…

„Jest?” Jego wzrok przesuwa się do wejścia, jakby wspomnienie mogło pełznąć przez klapy namiotu.

„Tak.” Obejmuję go ramieniem - tym przymocowanym do popękanego ramienia, ale jest już za późno na zmianę. Bez obcisłej kurtki minęło złudzenie skrywające szkielet. Nic poza ostrymi krawędziami pod zbyt małą koszulą od piżamy.

Przerażający krzyk wstrząsa ścianami namiotu, pierwotnymi i ostrymi jak szkło. Lucas chowa twarz w moje żebra. Stworzenia na zewnątrz znalazły własny posiłek.

„Och, wow, myślę, że to najlepszy sos, jaki kiedykolwiek jadłem!” Wyrywam z miski obślizgłą brązowo-szarą fasolę, a potem zsiadam. „Mniam!”

Jego małe ramiona są mocno owinięte wokół mnie, ale uwalnia jedno, by złapać własną fasolę. Rozciera go tak samo jak ja, a jego ogon rozdziera go odrobiną plusku.

„Boop!”, Mówię, stukając go w miejsce, w którym fasola osiągnęła swój efekt delfina-ogona. „Kluski są dziś wyjątkowo kręcone!”

Jego chichot zagłusza wszystkie okropne dźwięki, a teraz to tylko ja i on.

„Czy możesz skosztować pieczonych pomidorów, Lukey? Czy czujesz, jak toczą się w twoich ustach, a potem pękają z gorącymi sokami, gdy wyciskasz je między zęby?

„Tak!” Żuje kolejną fasolę, starając się jak najlepiej przetoczyć nieporęczną rzecz z jednej strony ust na drugą. „Taki soczysty!”

Kolejny krzyk, tym razem nie tak blisko. Lucas ledwo reaguje.

„I klopsiki!” Przekręcam fasolkę w ciasną kulkę, pokazując ją między kciukiem a palcem wskazującym, aby mógł ją zobaczyć. „Są ładne i stanowcze i mają idealną mieszankę przypraw, z tym pieprznym kopnięciem, które lubisz. I są ogromne! ”

Wsuwam zmiażdżoną fasolę do ust i żuję ją, prawie się zakneblując. Ale chęć minęła i jestem wdzięczny, bo wtedy program byłby skończony. Uśmiecham się do niego z szeroko otwartymi oczami. Łyk.

„Zjadłeś cały klopsik w jednym kęsie!” Lucas szturcha mnie kilka razy w brzuch, chichocząc do siebie. „Ty duża świnio!”

Łaskoczę go. „Lepiej zjedz swoje, zanim je pochłonę! Oink, oink! ”

Fasola wyskakuje z miski za burtę, ale wpycha ją do ust, zanim będę mogła to zobaczyć. A przynajmniej tak myśli. Czy jestem taki zły?

„To prawdopodobnie najlepsze spaghetti, jakie kiedykolwiek jadłem!”. Biorę kolejny kęs. „Święta krowa, tak dobrze. Czosnek i cebula są trochę mocne, ale właśnie tak nam się podoba, co? I dostałem dodatkowy ser. Co z Tobą?"

„Extra-extra-extra!”, Chwali się. Zatrzymuje się, a nad nim spada ponura zasłona. „Ev, myślisz, że mama i tata czekają na nas? A Kate i Willow?

„Zdecydowanie” - mówię poważnie kiwając głową. Holly też. „Kiedy tam dotrzemy, znów zobaczymy wszystkich. I zorganizujemy wielką imprezę ze wszystkimi naszymi ulubionymi potrawami! ”

"Tak!"

Jego uśmiech prześladuje mnie, światło naszej małej świecy rzuca długie cienie na jego twarz, które sprawiają, że wyglądam, jakbym patrzył w pustą czaszkę. Ale on jest szczęśliwy.

„Nie możemy się doczekać, prawda, panie BearNakey?” Kiwa głową swojego małego towarzysza, bardzo przyjemnie. „I, i kiedy będziemy na miejscu, będziemy mieli prawdziwe zacierne apaytoe, pizzę i sghetti, prawda, Everett?”

„Więcej niż twój mały brzuch może znieść.” Szturcham go w rozdęty brzuch i natychmiast tego żałuję. Chichocze.

„Mogę zjeść całą pizzę. Jak piętnaście plasterków! - Znowu kołysze się, opierając się o moje obolałe ramię, zanim się odskoczy. Cholera, robi się coraz gorzej. On ziewa.

„Zmęczony, duży człowiek?”

„Tak…” Jego oczy trzepoczą przez chwilę, a moje serce ściska. Odsuwa się, ciągnie koc pod brodę.

„Wszystko w porządku?” Patrzę na niego. Te oczy, cofające się coraz bardziej, jakby nie mogły dłużej znieść okropności świata.

Uśmiecha się i przewraca, tuląc do poduszki. "Tak."

On jest martwy.

Nie z powodu kontuzji, nie choroby, nawet dlatego, że te rzeczy wykręcały nocą poza namiotem. Nie, to nie przypadek go pochłonął. On nie żyje przeze mnie.

Kopię dookoła dna mojej torby, wyciągam maleńką puszkę, którą tam wydzieliłem. Kubek z owocami. Brzoskwinie, gruszki, te dziwne, rozmyte zielone winogrona, a najlepsze: wiśnie. Lucas zawsze opuszczał te małe kuleczki sacharyny do końca, nie spiesząc się, rozkoszując się pikantną słodyczą, kiedy trzymał je w ustach. Zacisnął wargi, gdy wysysał soki. Jego usta też stały się czerwone. Sprawił, że wydawał się prawie zdrowy.

Kładę kubek na jego piersi, gdzie złożyłem ręce. Jego oczy są zamknięte - dzięki Bogu - i na jego bladoniebieskiej twarzy pojawia się smutny mały uśmiech.

Powinienem był dać mu to cholerstwo wczoraj. Może… może wtedy…

Przestań.

Kładę jedną z jego zimnych dłoni na puszce. Lekko ściskam kolana Lucasa, usiłując powstrzymać falę rozpaczy i wstydu, które grożą, że mnie zmyją. Utopić mnie.

„Wszystkiego najlepszego, mały przyjacielu”.

Nie ma sensu. Łzy płyną, a ja jestem bałaganem. Smark, wąchanie, drżenie całego ciała. Kurwa, nie muszę już być dla niego odważny. Zresztą nigdy nie byłam tak silna jak on.

Tak mi przykro, Lucas.

Ale muszę się ruszać.

Zostawiam go z tyłu, delikatny mały pakunek na ziemi, a jego mały miś schowany jest obok niego. Ofiara dla potworów, które chodzą w nocy.

Ale nie myślę o tym. Nie myślę o stracie, duszącym żalu, emocjonalnym osunięciu się ziemi, które czeka, by mnie pochować. wiem - wiem - nigdy nie będę w stanie wydostać się z tego.

Nie, nie mogę. Będzie wystarczająco dużo czasu, aby się tym później martwić.

„Do zobaczenia, kolego”, szepczę w chłodne zimowe powietrze.

Kiedy się tam dostaniemy.