Historie więzienne

Moje pierwsze Święto Dziękczynienia w stanowym więzieniu

Nieoczekiwana lekcja mocy hojności

Źródło: EduardGurevich / iStock / Getty Images Plus

Być może nie byli to pielgrzymi z Kolonii Plymouth i plemię Wampanoag, dzikie ptactwo i popcorn, ale moje pierwsze Święto Dziękczynienia w więzieniu stanowym miało kilka echa tej słynnej uczty.

Siedem lat temu miałem 19 lat, byłem świeżo upstate i nic o niczym nie wiedziałem. Moje konto komisarza - pieniądze, które wykorzystałbym na kupowanie zatwierdzonych artykułów żywnościowych i kosmetycznych co dwa tygodnie - praktycznie nie istniało. Każde zamówienie pieniężne wysłane przez moją rodzinę było przekierowywane na „dopłaty” lub różne opłaty administracyjne związane z moim przekonaniem. Mój miesięczny 35-funtowy pakiet żywności z domu już dawno minął. Konkluzja: byłem spłukany. W Święto Dziękczynienia za kilka dni, moim planem na wakacje było przejście lodowatego górskiego powietrza z mojej celi do mesy, aby udusić wszelkie zapasy, które Stan Nowy Jork zapewniłby na lunch i przynieść kilka kanapek z Bolonii na kolację.

Miałem więcej szczęścia niż to, że pracowałem w mesie. Często, kiedy byliśmy gotowi służyć innym więźniom (około 800 osób), robotnikom pozwalano rozdzielać resztki. Pewnego dnia, gdy zbliżają się święta, wróciłem do akademika z kilkoma zapasowymi kawałkami pizzy. Gdy wszedłem do akademika, starszy gość, znany jako KB, machnął do mnie, gdzie siedział. Patrioci niszczyli strumienie, kiedy rozmawialiśmy.

„Ta pizza z pewnością byłaby dobra z odrobiną pepperoni i dodatkowym serem” - powiedział swobodnie KB do siedzącego obok niego przyjaciela. Potem zwrócił się do mnie. „Sprawdź to”, powiedział. „Robię mały posiłek na Święto Dziękczynienia. Rzucę ci miskę jedzenia na dwie kromki pizzy ”.

Stałem tam, kontemplując ofertę. Czy powinienem zrezygnować z gwarantowanego jedzenia dla niejasnej obietnicy, która może się nie powieść? Z drugiej strony, chociaż pizza była jedną z lepszych ofert dla więźniów, wciąż była tylko jedzeniem z jadalni. Prawdziwe ryzyko polegało na tym, że KB mógłby się przodem - innymi słowy, nie dotrzymał słowa. Byłby to wyraźny znak braku szacunku, z negatywnymi konsekwencjami dla mojej pozycji wśród rówieśników.

Z wahaniem podjąłem umowę i podałem pizzę.

Kilka dni później w końcu nadszedł dzień indyka. Kuchnia mojej rodziny jest zawsze gorącym miejscem na Święto Dziękczynienia, ale to nic w porównaniu z tym, co spotkałem rano w kuchni więziennej, gdzie 60 osób dzieliło jeden piec. Wyglądało to jak całkowity chaos, ale istniała metoda na szaleństwo. Każdy, kto miał szczęście mieć paczkę z domu lub jedzenie komisarza, zbierał swoje rzeczy. Ludzie zaczęli gotować o 6 rano, pracując w samodzielnie zorganizowanych zespołach. Niektóre grupy składały się z maksymalnie 10 osób. Dwóch facetów obsadziło piec, a dwóch innych przygotowało składniki, które zostaną ugotowane w następnej kolejności.

W porze obiadowej uczta nabierała kształtów. Już teraz stoły były wyłożone wiadrami ryżu, niektóre perfumowały pokój aromatem kokosa, inne równie kuszące dodatkiem frijoles. Jeden stół został ozdobiony workiem na śmieci wypełnionym sałatką z makaronu i gigantyczną kulistą piersią indyka z dzika. Kolejny został ułożony rzędami paluszków krabowych i ciastek rybnych.

Nie mając nic do powiedzenia, przyjąłem scenę - nie było widać KB - i szedłem dalej. Zgrupowałem się na tym wzgórzu, zjadłem to, co było w mesie, i zgodnie z planem dostałem cztery kromki chleba i Bolonii.

Tej nocy położyłem się spać z pełnym brzuchem - rzadkie uczucie w miejscu, w którym rutynowo chodziłem 14 godzin z czterema kromkami chleba, żeby mnie zatrzymać.

Po powrocie z chow kilku współwięźniów zlitowało się nad mną. Do mojej miski wpadł duży plasterek makaronu i sera, kopiec smażonego ryżu, farsz i sosem Collard oraz kilka kawałków indyka. Usiadłem w małym pokoju telewizyjnym i usiadłem, żeby obejrzeć film. Minęły godziny i nagle usłyszałem głośne pukanie do okna. KB kazał mi podejść do strefy gotowania. „Gdzie jest twoja miska?” Zapytał. O o.

Mój trzeci posiłek dnia składał się z kapusty gotowanej na parze, ryżu kokosowego i ignamów, a także ciastek rybnych i smażonego kurczaka.

„Wrzuciłem krabowe paszteciki” - powiedział. „Daj mi znać, jak to wyszło”.

Bez słowa, ugryzłem się. To było niesamowite.

Tej nocy położyłem się spać z pełnym brzuchem - rzadkie uczucie w miejscu, w którym rutynowo chodziłem 14 godzin z czterema kromkami chleba, żeby mnie zatrzymać.

Święto Dziękczynienia naprawdę się dla mnie zmieniło tej nocy. Po raz pierwszy naprawdę zrozumiałem, na poziomie osobistym, jak potężna może być hojność.

W końcu nauczyłem się gotować i zacząłem organizować własne posiłki w Święto Dziękczynienia w więzieniu, ilekroć było to możliwe, łącząc zasoby z innymi współwięźniami i rozkładając szczęście, jak nauczyli mnie inni. „Święto Dziękczynienia jest dla mnie duże na ulicach”, powiedział mi inny więzień, Dondre Riddick, gdy opracowywaliśmy nasze plany na 2018 rok. „Cała moja rodzina się spotyka. Ale teraz ich tu nie ma, więc musimy założyć rodzinę i zrobić to duże ”.

Właśnie to zrobiliśmy: grillowany kurczak, mac i ser, ryż kokosowy, indyk, ignamy, sałatka z owocami morza, sosem Collard i żurawiną. Przygotowanie zajęło wiele godzin, ale było warte wysiłku. I wszyscy chętnie się dzielili - szczególnie z facetami, którzy podobnie jak ja siedem lat wcześniej nie mieli nic do zaoferowania. W końcu nakarmiliśmy co najmniej 20 osób.

Kiedy siedzieliśmy i oglądaliśmy piłkę nożną, kolega z NYU i dobry kumpel, Aunray Stanford spojrzał na mnie. „Yo, ten kurczak z grilla był ogniem” - powiedział.

Uśmiechnąłem się do niego. „Nie będę kłamał” - dodał, wyrażając sentyment, który byłby znany uczestnikom tej pierwszej uczty w Święto Dziękczynienia. „Czuję się szalenie dobrze, rozdając całe to jedzenie”.