Bochenek

Źródło

Walter wszedł do kuchni. To był bałagan. Brudne naczynia unosiły się po obu stronach zlewu. Stosy inkrustowanego gówna kota wypełniły kuwetę. Nadęte worki na śmieci i poplamione tłuszczem pudełka do pizzy były ułożone w szafie. Lodówka zawierała mleko, masło, jajka i litrowy dzban keczupu. Jogurt z czarnej wiśni minął dwa miesiące po upływie terminu przydatności. Zakurzone półki szafy również widziały lepsze dni. Wszędzie były informacje o pajęczynach.

Reszta domu nie była dużo lepsza, ale to już inna historia na kolejny dzień. Walter wyjrzał przez okno na podwórko. Drzewa były bezlistne, a pogoda chłodna. Niebo posiadało chorobliwą, konającą bladość, jakby niebo mogło jakoś spaść z nieba. Łaźnia ptaków zamarzła.

Z westchnieniem i wzruszeniem ramion Walter przykucnął nisko i chwycił dużą metalową miskę w dolnej szafce obok pieca. Boczna część miski miała niewielkie wgniecenie od czasu, gdy została bezceremonialnie upuszczona i uderzyła o podłogę z pluskiem. Mimo upływu czasu misa była porysowana i porysowana, ale nadal zachowała połysk dobrze utrzymanego przedmiotu.

Zamiast myć lub wyjmować naczynia z zlewu, Walter przesunął je z jednej strony na drugą, a następnie przekręcił kran, aż woda osiągnęła idealną temperaturę i rozlał kilka filiżanek do miski. Ślepo przesunął ręką po górnej szafce, aż jego palce znalazły paczkę drożdży. Postukał granulki w wodę i patrzył, jak się rozpuszczają. Następnie dodał sól, cukier, mąkę i olej. Nic nie mierzył, ponieważ nie musiał. Robił to już tyle razy, że mógł zobaczyć wzrokiem i poczuć, jakie proporcje powinny być.

Po zmieszaniu składników w jednorodną kulkę mokrego ciasta Walter sięgnął do worka mąki i chwycił garść. Szybkością i błyskiem krupiera blackjacka rozpylił cienką warstwę na blacie. Walter rzucił zawartość miski na blat i zaczął ugniatać. Jego sproszkowane palce były grube i mocne, a paznokcie przyciśnięte do ciała. Najpierw zebrał ciasto razem, tak jak Bóg najpierw formuje słońce. Gdy różne mokre pasma stały się jednością, Walter przycisnął je kostkami palców, dodał jeszcze odrobinę mąki do blatu, a następnie przerzucił luźną beżową kulkę ciasta na drugą stronę.

Kontynuował ten delikatny, ale mocny masaż przez kilka minut, spędzając czas z niezauważalnym szumem, który uparcie nie chciał stać się piosenką. Gdy ciasto wchłonęło resztki mąki i zmieniło się w zwartą, ale giętką kulę, chwycił ją jedną ręką i opuścił z powrotem do lekko nasmarowanej metalowej miski. Przykrył go ręcznikiem z białej tkaniny, a następnie zniknął w drugim pokoju na półtorej godziny.

Kiedy wrócił, ciasto wzrosło i prawie podwoiło się. Wyrzucił papierosa przez okno, opłukał ręce, a następnie uderzył w ciasto, na którym delikatnie wyjął go z miski i ponownie umieścił na blacie pokrytym mąką. Jego dłonie - ręce rzemieślnika bardziej niż artysty - obrabiały ciasto, aż stało się bochenkiem.

Walter znalazł bochenek na tacy do przechowywania pod piekarnikiem i przełączył pokrętła, aby rozpocząć podgrzewanie. Nasmarował patelnię, a następnie położył w niej ciasto jak noworodek. Ponownie przykrywając go białym ręcznikiem, wrócił do salonu. Dźwięk kropli igły poprzedził polifoniczne narodziny fajnego jazzu. Walter odtworzył płytę w całości, wstając z fotela tylko wtedy, gdy igła zsunęła się z winylowego talerza, a dom powrócił do cichego czuwania.

Wsunął patelnię do piekarnika, upewnił się, że tarcza jest ustawiona na odpowiednią temperaturę, a następnie wrócił do salonu, aby odtworzyć kolejną płytę.

Tymczasem ciepło oddziaływało z drożdżowym ciastem, a pachnący zapach wkrótce unosił się w powietrzu domu, maskując stęchły zapach papierosów i wilgotny powiew zaniedbania. Wierzchołek ciasta stopniowo stawał się stwardniałą skórką o głębokim złocistobrązowym kolorze.

Akordy fortepianu zmieszały się z zygzakiem trąbki i zag saksofonu. Ptak wylądował na lodowatym lodowisku ptasiej łaźni, pokroił dziób kostką i odleciał.

Walter wszedł do kuchni z mokrymi kosmykami włosów. Dotyk piany pozostał przy jego uchu. Usiadł na tylnych łapach, żeby obejrzeć gotowy chleb. Podwajając białą szmatkę, sięgnął do piekarnika i wyciągnął bochenek. Postukał w boki garnka nożem do masła, a następnie przewrócił go na druciany stojak, który trzymał przy pustym koszu z owocami.

Później, ubrany w sweter z golfem pod szarym blezerem i pomada we włosach, błyszczące buty Waltera stukały o linoleum. Wyjął ząbkowany nóż do chleba z drewnianego bloku i pokroił bochenek na plasterki. Połowę odłożył na blat. Drugą połowę owinął woskowanym papierem.

Zarzucił płaszcz i wyniósł z drzwi paczkę chleba w rękawiczkach. Zszedł ze wzgórza, przeszedł przez drewniany most nad potokiem, a następnie skręcił w lewo na żwirową drogę, która wiodła na cmentarz, na którym jego ukochany spoczywał.

Świat był cichy poza skromnym szuraniem butów Waltera przecinających pokrytą śniegiem trawę. Twarz Waltera drgnęła, gdy spojrzał w dół na rzeźbiony kamień, który oznaczał początek i koniec życia Teresy. Musiał poświęcić chwilę, by obliczyć, ile lat minęło, nawet jeśli wydawało się, że minął dzień.

„Przyniosłem ci coś, kochanie”, powiedział, klęcząc sztywno. Rozpakował woskowany papier i wziął kromkę chleba. Odłamał kilka kawałków i rzucił je na zamarzniętą ziemię. Wiatr zawył, a otaczające brzozy strząsnęły stado ptaków, które okrążyły niebo i wylądowały. Jeden ostrożnie skoczył w kierunku kawałka chleba. Walter cofnął się o kilka kroków i podziwiał swój herb. Drwina ćwierkała, a jego przyjaciele zebrali się, by dołączyć do uczty.

„Myślałem, że polubisz firmę”.

Kolejne ptaki zstąpiły z otaczającego lasu, wielobarwna konferencja kolorów, kosmyki turkusu i pióropusze pomarańczy, kruczoczarne kruki i żółte ptaki śpiewające. Kardynał wylądował na nagrobku z kęsem chleba w pysku. Walter nie musiał sobie wyobrażać smaku.

Para jego oddechu maskowała cień uśmiechu. Jako młodszy człowiek Walter nadepnąłby na ziemię, by upiec ptaki w locie. Zamiast tego pozostawał, mrucząc coś, co przypominało starą melodię jazzową.