Chcę twojego lwa i gołębicy (notatki o chorej żonie)

Mężczyzna, którym jestem, budzi się za tobą. A ty nie czujesz się dobrze ... więc wyciągam rękę, żeby cię podsumować ...

Moje ramiona to frotte, a twoja skóra jest empatyczną powierzchnią mojego dnia powszedniego, gładką i chłonną jak kaszmir. Jest też ciepło. Kochanie, jest trochę cieplej niż ciepło, a twój nos jest lodowaty na mojej szyi.

Piec się nie kopnął, a ty przypomniałeś mi przez telefon, jak mi powiedziałeś i lubię tyle razy, zanim odmówiłeś. Wsadziłeś trzyletniego do samochodu i przyniosłeś olej napędowy, a ja zaklęłam pod nosem. Spałem później niż zwykle, a przypomnisz mi, że też mi o tym wspomniałeś.

Miesiące zimowe trzymają twoje palce u nóg na moich goleniach i nie mogę pozostawić komfortu biegania w kółko wokół naszych ramion… ramiona się rozkładają i używam przestrzeni do zawalenia przestrzeni.

Komfort w pojemnikach z herbatą, pokrojoną cytryną i gorzkimi jest dla kołysanek, których nie mogę napisać wystarczająco szybko, gdy jesteś chory. Rozkazałbym twój nos oczyścić, ale cichy szum wypełniony płucami wznoszącymi się i opadającymi rzuca mój głos na szept. Poczujesz się lepiej, to westchnienie i uścisk dłoni.

Na strychu rzucam klucze i przekleństwa ... w kuchni, w piekarniku duszę grzyby i kości, kroję seler i tańczę z chłopcem, mamy klastry nasion dyni, które oboje kochamy, a wy kichacie nisko grzechotka, więc nikt dzisiaj nie chodzi do szkoły.

Mówisz, że prysznic, a ja uruchamiam wannę. Maluch jest w zimnej śmietanie, a bulion wylewa się na drugi stojak. Herbata się rozlewa, gdy chłopiec wbiega w ciebie, bo wstałeś, a ty jesteś jeszcze cieplejszy, więc udaję, że mam polecenie w moim głosie. Sprawiam, że woda przestaje dzwonić, a ty zapadasz się na kanapę, przynoszę kołdrę, a maluch przynosi zabawki i dłonie na twarz, a lepkie palce na kichający katar zakażonych zatok. Myślę, że jesteś piękna i dostajesz kamerę, ale odmawiasz rzucania samochodem wyścigowym uderzając w uśmiech i dotykając duszy. Nikt dzisiaj nie chodzi do szkoły, a ja zaczynam makaron od przygotowania ciasta.

Odmawiam modlitwy w kuchni. Mówię solą i ziarnem. Przywołuję tłuczkiem i młotkiem okolicznościowym. Rozkładam papier i wycinam linie. Tańczę do motywu pająka i zmieniam układ magnesów. Kroję cebulę i mielę pieprz. Wysilam się, by usłyszeć, a śmiech nasila się, ty, nawet zmęczony przeciągami mojego zaniedbania, łaskoczesz tego chłopca i trzymasz go bliżej niż myśli. Jesteś piękna, a kamera klika, a ja zmieniam pałeczkę ogniową w lekcję TEDtalks. Będzie lekcja, a twoje odsłonięte palce ugotują powietrze.

Ważne jest, aby uniknąć przypalenia bulionu, ważne jest, aby pić wodę i ważne jest, aby nieść nieszczęścia i ciepło z opuchniętych warg i teraz zamkniętych oczu.

Jesteś tak głęboko kochany. Tak głęboko odczuwany.

Osiedlam zwierzę i dinozaura. Chowam w dłonie i wrzucam zabawki i buty, wyłączam gotowanie i przeciskam makaron. Przeczesuję włosy dłonią i miażdżę trawę cytrynową do herbaty. Opowiedziałeś mi o tym, kiedy jesteśmy prawie my, przed wybrzuszeniem i pęknięciem, przed założeniem pierścieni, przed zasłoną prysznicową i wielkim przełamaniem ciszy.

Powiedziałeś mi, że powiedziałeś, z tą łzą odsuniętą na bok, a gołąb pocałował lwa rozdzieranego przez warczenie zaniedbania męża.

Gołąb i lew wczoraj i dziś, początek wiosny i koniec naszych dni.