Porzuciłem alkohol i wszystko stało się łatwiejsze

Używaj jasności, a nie alkoholu, aby przetrwać trudne czasy

Zdjęcie Xandtor na Unsplash

Nie mam świetnej historii z alkoholem, ale jednocześnie nie jest to wybitna historia typu dno. W rzeczywistości jest to całkiem normalne.

Piłem na przyjęciach w szkole i piłem po studiach. To było normalne, każdy, kogo znałem, był bardzo pijany co najmniej kilka razy w tygodniu na uniwersytecie.

Ale chociaż niektórzy z moich przyjaciół mogliby śpiewać hity z lat 90. o 3 nad ranem i nadal prezentować dość uważną twarz na wykładzie o 9 rano - ukrywałbym się pod kołdrą, żałując, że nie jestem kimś innym.

Nie byłem dobrym pijakiem. Nie miało znaczenia, czy był to spokojny wieczór w barze, czy całkowita noc zaciemnienia, nazajutrz napełnię mnie ogromnym niepokojem, żalem i wstydem. Alkohol nie był moim przyjacielem. To było bardziej jak kara, którą dobrowolnie podjąłem w jakimś strasznie masochistycznym celu.

Chodziło o to, że jeśli zacznę pić, nie przestanę. Nawet kiedy mogłem świadomie pomyśleć „dość”, nadal powiedziałbym „tak” do następnego koktajlu, następnego piwa, następnego dnia umartwienia.

Piłem przez następną dekadę. Nie z tą samą częstotliwością zatarcia, ale z pewnością w dość ciągłym tempie. Te nocne kieliszki wina, które z pewnością prowadziły do ​​tego uwodzicielskiego stanu odrętwienia. Drętwienie, które obiecywało wszystko, byłoby w porządku, wszystko można sobie poradzić jutro.

Potem, w Boże Narodzenie w zeszłym roku, przestałem.

Mój ówczesny chłopak opuścił kraj na pięć miesięcy, żałowałem śmierci członka rodziny i czułem się boleśnie samotny. Po kilku świątecznych nocach mglistych wspomnień obudziłem się pewnego ranka i po prostu wiedziałem, że to nie jest droga naprzód. Alkohol mi tu nie pomoże.

Suchy styczeń dał mi publiczną wymówkę dla trzeźwości. Kiedy spotkałem się ze zdziwieniem i pytaniami na temat trzeźwości, wydawało mi się, że ludzie uspokajali moją odpowiedź: „Próbuję suchego stycznia”. Ale nie próbowałem tego, wiedziałem, że nie chcę pić jeszcze raz.

W miarę upływu roku do lutego pytania były bardziej sprecyzowane.

„Kiedy znów zaczniesz pić?”

„Czy teraz będziesz się nudzić na zawsze?”

Uspokoiłem pytających, mówiąc, że zrezygnowałem z „na razie”. Ale dziwne było dla mnie to, że żadne z pytań tak naprawdę nie dotyczyło mnie. Chodziło o tych, którzy pytali. Wydawało się, że nikt nie chciał, abym przestał pić.

I piłem Jeszcze trzy razy. Pierwszy raz był dzień, w którym dostałem umowę na książkę. To był doniosły dzień pod koniec lutego i razem z moim współlokatorem otworzyliśmy butelkę szampana. Ale butelka się opróżniła i nie poprzestaliśmy na tym.

Obudziłem się następnego dnia i zdałem sobie sprawę, że zrobiłem to ponownie. Świętowałem największe osiągnięcie mojego życia… karą. Następne dwa razy składały się tylko z jednego piwa i od pierwszego łyka nie czułem nic prócz żalu. Nie chciałem ani nie potrzebowałem alkoholu. Za każdym razem odczuwałem presję innych, ale zawsze to był mój wybór.

Gdzieś wczesnym latem pokusa po prostu umarła. Każda podróż do pubu, baru lub urodziny nie spotkała się ze starą walką w mojej głowie. Pić czy nie pić. Zamiast tego zamawiałem piwo bezalkoholowe w barze lub zabierałem je na imprezy.

Myślałem, że wyjście na zewnątrz będzie nudne bez picia. Ale nadal śmiałem się z przyjaciółmi do późna w pubie. Dopiero teraz zrozumiałem żart. Teraz nie potykałem się o krzesła i zapominałem, gdzie położyłem portfel.

Im więcej to robiłem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że są inni ludzie, którzy nie piją. Czy to dlatego, że prowadzili samochód, byli w ciąży, czy po prostu tego nie czuli. Kiedy piłem, ledwo zdawałem sobie sprawę, że niektórzy ludzie pozostali trzeźwi. Ale teraz oferowałem moje piwo bezalkoholowe tym, którzy zostali doprowadzeni do wody kluczami samochodowymi.

Najbardziej widoczna zmiana nie nastąpiła jednak w nocy, była czysta. Zawsze stres dotyczyłam w ten sam sposób - picie. Dla mnie picie było jak odkrycie małego ognia i zamiast spokojnego nalewania wody, zamknąłem się w pokoju i miałem nadzieję, że zgaśnie.

Ale bez alkoholu zamiast ulegać niepokojom, stresom i nędzy różnych wydarzeń, łatwiej mi było sobie z nimi poradzić.

Ponieważ nagle miałem do czynienia z nimi. Nie odrętwiałem ich, uciskałem ich ani nie utopiłem. Nie możesz utopić problemów. Możesz je tylko tymczasowo zignorować.

Zdjęcie Ryan Moreno na Unsplash

Podczas gdy wcześniej dodawałem pijanego wstydu do istniejących problemów, teraz patrzyłem na problemy prosto w twarz i pozwalałem sobie odczuwać dyskomfort i strach.

Zacząłem obejmować rzeczy, których nie mogłem kontrolować. Złamanie serca, smutek, zamieszanie - wszystko to. Były to wszystkie fale, na które mogłem pozwolić uderzyć mnie bez paniki, wiedząc, że ostatecznie mnie obmyją.

Nic nie jest tak przerażające, jak wtedy, gdy piłem. Nie budzę się rano, kiedy się budzę i czuję, że głowa mi eksploduje. Pod kołdrą nie ma ukrywania się, mając nadzieję, że dziś się skończy. Nie ma już epizodów, w których problem został tak wzmocniony przez alkohol, że wydaje się, że świat może się skończyć.

Zawsze miałem jedną stopę od torów. Ale okazuje się, że życie jest o wiele łatwiejsze, gdy masz równe podstawy.