Zgubiłem swoje ulubione zdjęcie mnie i taty. Jesteśmy na łodzi rybackiej. Dokładnie łódka do połowów łososia. Mam około dwudziestki. Mój tata ma około 57 lat. Ma na sobie granatową kurtkę zapinaną na suwak, która przeszywa jego obszerny brzuch. Oboje mamy czapki z daszkiem pod kapturami bluzy podciągniętymi nad naszymi głowami. Jesteśmy związani z zimnem, wiatrem i morskim strumieniem. Nasze dłonie są w kieszeniach. Nasze ramiona dotykają się i wyginają w kierunku siebie. Mój ojciec promieniuje. Ma kwadratową twarz, okrągłe policzki, dumny i nieco psotny uśmiech. Ja też się uśmiecham. Też jestem dumny. Czuję, ile ta wycieczka znaczy dla mojego ojca. To mnie trochę zawstydza. Głębia jego miłości, radości ze mnie i jego wrażliwości. Zawsze trochę mnie zawstydzali, powstrzymując mnie przed przyjęciem pełnego uścisku. Bardzo go zniechęcam. Trudno było spojrzeć w twarz jego miłości.

Nasza wycieczka była ważna, ponieważ wydarzyła się tylko raz, choć powinna była zdarzyć się więcej. Dlaczego poszedłem na ryby tylko raz z ojcem?

Pamiętam nagłe wirowanie mojej wędki… a potem jasnego srebrnego łososia lądującego z łoskotem i energicznie skręcającego na pokładzie.

Tak się jednak stało i było słodko. Łowiliśmy łososia. Pamiętam nagłe wirowanie mojej wędki, krzepkiego mężczyzny, który stanął przede mną, aby ją zabezpieczyć, wymachujące sieciami, ramię omiatające przechodniów, a następnie jasny srebrny łosoś lądujący z łoskotem i energicznie skręcający na pokład. Nie pamiętam, czy go zabili, czy co, ale jakoś bezpiecznie schowano je na przechowanie i podarowano nam na koniec podróży.

To było nad zatoką San Francisco, obszarem wody, przez który mój ojciec przemierzał setki (może tysiące) razy, prowadząc przez cały czas statki towarowe wszystkich pasów do i ze złotej bramy jako żeglarz handlowy.

Moja mama mówiła, że ​​mój tata był okropnym rybakiem. Według niej był w większości okropny. Robiła takie rzeczy, jak dawanie mu kubka z napisem „Najlepsza złota rączka świata” na Boże Narodzenie, aby go wyśmiewać. Była znana z tego, że powiedziała: „Znasz swojego ojca. Nie najostrzejszy nóż w szufladzie. ”

Ryba. W połowie lat dwudziestych mieszkałem z moją najlepszą i najstarszą przyjaciółką Erin na Woolsey Street w dzielnicy Elmwood w Berkeley. Pewnej nocy urządziliśmy przyjęcie. Zaprosiliśmy około 10 przyjaciół i kupiliśmy całego łososia od lokalnego handlarza ryb na College Avenue. Przywieźliśmy tę rybę do domu i upiekliśmy w soli kamiennej.

Kiedy wzięliśmy nasze pierwsze kęsy, od razu wiedzieliśmy, że to było coś wyjątkowego. Wszyscy to zrobili. Smak tej ryby był jak żaden inny. To było jak gwiazdy eksplodujące na moim języku. Było tak świeże, świeże jak morze, świeże jak mgła morska. Na początku wszyscy milczeli, tylko smakowali. Następnie spróbuj ponownie. A potem z naszych ust wylewały się komentarze: ta ryba jest niezwykła, wszyscy się zgodzili.

To nie było przygotowanie, sól kamienna ani nasze umiejętności jako szefów kuchni. Ani trochę. Naszym jedynym zasługą było to, że nie zrujnowaliśmy tej niebiańskiej istoty. Nie uszczypnęliśmy jego piękna dzięki bezdusznemu traktowaniu. Nie rozgotowaliśmy tego. Ale miałem wiele doskonale ugotowanych łososi, które nie smakowały tak jak ten. To była sama ryba. Po pierwsze, musiało być wyjątkowo świeże. Może pochodzi z bardzo specjalnego akwenu - nie wiem. Nie wróciłem i nie zapytałem w sklepie rybnym, choć może powinienem.

To była sama ryba. Było coś w tym konkretnym egzemplarzu.

Smak tej ryby był jak żaden inny. To było jak gwiazdy eksplodujące na moim języku.

Już raz miałem takie doświadczenie z pstrągiem. Miałem 19 lat, biwakowałem z moim chłopakiem w pobliżu Tioga Pass w Yosemite. Rozbiliśmy obóz nad jeziorem Tioga i wrzuciliśmy nasze wędki. Złapałem średniej wielkości pstrąga i przykryłem jego głowę kamieniem, tak jak nauczyli mnie kuzyni. Gotowaliśmy go właśnie wtedy na naszym małym piecu obozowym. Potrząsnęliśmy nią mąką, solą i pieprzem, usmażyliśmy na maśle, ugryziliśmy i - to samo uczucie: gwiazdy. Jak gwiazdy na moim języku.

Ta świeżość. To uczucie. Ten smak życia - czysty, nieskażony, pulsujący. Mrowi.

Ryba. Dorastaliśmy w akwarium. Gdy akwarium było czyste, naprawdę rzadką rzeczą było widzenie pływających ryb. Jednak przez większość czasu nie widziałem ryb. Raz na jakiś czas można było podnieść brzuch. Potem zobaczylibyśmy, blady i wzdęty, unoszący się u góry.

Akwarium stało na blacie między stokrotkową żółtą szafką pełną filiżanek kawy i pudełek z płatkami i chłodzącą lodówką, zmęczoną, przepracowaną, wypełnioną i pękającą istotą, mieszczącą wszelkie rozkosze i okropności - przede wszystkim okropności, muszę przyznać. Trujące, gnijące resztki po rozkoszy.

Nikt nie mył akwarium.

Mój ojciec czyścił lodówkę może raz w roku. Może.

Mój brat nienawidził ryb, kiedy byliśmy mali.

Zawsze lubiłem ryby.

Na 12 urodziny moi rodzice zabrali mnie do Trader Vic, gdzie zamówiłem łososia z sosem z jajek łososiowych. Wciąż pamiętam, jak cudowne i niezwykłe było to danie, jak lśniące okrągłe jaja łososia wyskoczyły, gdy językiem przycisnąłem je do ust. Jak uwolnili swój ostry przepływ soli. Lepki, szokujący i zachwycający.

Jak lśniące okrągłe jaja łososia wyskoczyły, gdy językiem przycisnąłem je do ust. Jak uwolnili swój ostry przepływ soli. Lepki, szokujący i zachwycający.

Mój ojciec wkładał mi do ust surowe ostrygi, gdy miałem zaledwie tyke - może sześć lub pięć lat. Miałem na sobie piżamę z zegarem, drukowaną cyframi i tarczami zegarowymi. Mieli stopki i zatrzaski, które mocowały górę do dołu. Mój był czerwony, a mój brat niebieski. Nasze siostry były zbyt małe, aby do nas dołączyć. Przekradaliśmy się po schodach, gdy nasi rodzice jedli późny obiad. Oni już nakarmili nas i odesłali do łóżka.

Moja matka zrobiłaby wiele z naszego niewłaściwego zachowania, ale tata był miękki. Zaśmiał się i nakarmił mnie surowymi ostrygami, wsuwając je ze skorupy do mojego przełyku. Mój brat by tego nie miał. Nie wiem, dokąd on poszedł, co robił, kiedy ja stacjonowałem na kolanach ojca. Wiedziałem, że go zachwycam.

Ryba. Łowię z moimi kuzynami. Kilka razy zostaliśmy zaproszeni do ich rodzinnej chaty na rzece American. Podążałem za moimi starszymi kuzynami bez końca, nieustannie, niestrudzenie, dopóki nas nie poślizgną. Byliśmy młodsi i szkodniki. Byli nastolatkami i nie chcieli, żebyśmy się wtrącali.

Czciłem moich kuzynów. Nauczyli mnie, jak skakać ze skały na skałę w rzece, niosąc sprzęt, z wędką zwisającą nieczysto z palców. Sprawili, że wyglądało to na łatwe. Ich swoboda w niemal wszystkim była zadziwiająca. Nauczyli mnie ciąć dżdżownice na trzy części i nawlekać rurowe ciała nad hakiem na końcu mojej linii. Zrobiłem to niezachwianie i byłem z tego dumny.

Nauczyli mnie uderzać głową mojego pstrąga w kamień, aby go zabić, nawlecz go na kawałek liny i trzymaj - i innych, których złapię - w zimnym basenie obok skały, z której łowiłem.

Skała była biało-szara, lśniący granit, gorący od słońca.

Ryba. W latach 70. mieszkaliśmy w Arabii Saudyjskiej przez kilka lat. Zabieramy naszą ciężarówkę (moi rodzice nazywali ją „Lurching Matilda”) do sharm - plaży nad Morzem Czerwonym w pobliżu naszego domu w Yanbu. Mój tata nurkował z pistoletem włóczni i strzelił spektakularnemu, 20-funtowemu grouperowi - niebieskiemu z czerwonymi kropkami - które mama przygotowała tej nocy na kolację.

Nurkowalibyśmy nurkowanie w olśniewających rafach koralowych. Koral eksplodował kolorem, a roje ryb płynęły niczym konfetti przez ciepłe wody.

Raz wziąłem kawałek czerwonego korala z dna morskiego. Moja maska ​​zaczęła się napełniać wodą. Umieszczam koralowiec między nogami na powierzchni wody, aby móc podnieść maskę i wylać wodę, ale nagle moje wewnętrzne uda zapłonęły bólem. Sapnęłam, upuściłam koral i zaczęłam hiperwentylować.

W jakiś sposób byłem w stanie uspokoić się na tyle, by dostać się na brzeg, gdzie upadłem. Ukąsił mnie koralowy koral, który naznaczał mnie rozgałęzionymi ramionami jak mapa.