Święto duchowe

Annie Littlewolf

I maleńki dom zaczął się schować na noc.

Dające ciepło słońce zaczynało zachodzić za wzgórzami otaczającymi dolinę treed. Wcześniej napełniła piec na drewno posiekanym drewnem, aby odeprzeć zimno, które zapanowało wraz z nadejściem nocy. Zaokrąglone bochenki rosnącego chleba pod białym bawełnianym materiałem były widoczne na drewnianym stole, gotowe do pieczenia.

Wyszła frontowymi drzwiami na werandę, zeszła na podwórze i obejrzała pisklęta - śnieg jeszcze nie był zbyt głęboki, ale włożyła rękę do kurnika, aby upewnić się, że wszystko jest w porządku, i był. Byli skuleni, pozornie śpiący. Wstała i podniosła latarnię, którą zabrała ze sobą, aby oświetlić jej drogę. Wzywając swojego psa, wrócili do środka, a zapach gulaszu bulgotał na drewnianym piecu, ogrzewając ją, gdy weszła do środka. Wkładając chleb do piekarnika, przygotowała miskę dla psa.

Kiedy zjadł, usiadła na bujanym fotelu i podniosła swoją dzianinę, używając latarni jako światła. Czas płynął powoli na tej małej farmie i było dobrze. Dla niej, dla jej psa i dla wszystkiego, czego kiedykolwiek pragnęła. W tej dolinie panował rytm, a ona była jego częścią. Kołysała się, gdy robiła na drutach, a jej pies skończył posiłek i wędrował do plecionego dywanu przed bujakiem, uważając teraz na jego ogon, który kiedyś niechcący kołysał się, oczywiście.

Chleb był już prawie gotowy, a ona sama nakryła do stołu. Miska z naczyniami, łyżka, talerz na chleb, patyczek z masłem i nóż. Zapaliła świecę z wosku pszczelego z uli, znalazła słoik miodu z tych samych uli i postawiła go na stole. Napełniła szklankę wodą i postawiła ją również na drewnianym stole, po czym podniosła ławkę, kładąc bawełnianą szmatkę obok miski.

Już miała wyjąć chleb, gdy jej pies zaczął węszyć w drzwiach, a jego ogon zaczął machać. Słyszała buty na ziemi. Podeszła do drzwi - niezbyt często trafiali tu nieznajomi i nikogo się nie spodziewała. Otworzyła drzwi - jej pies dałby jej znać, gdyby wyczuł niebezpieczeństwo, a on tego nie zrobił.

Na ganku stał młody mężczyzna owinięty w puchową kurtkę z czapką, w śnieżnych butach i niosący duży plecak.

„Pani? Zeskoczyłem ze szlaku i zgubiłem się. Czy mogę prosić o wodę? Skończyło mi się i jestem tak spragniony, że nie sądzę, żebym mógł kontynuować. Byłby najmilszy z was - powiedział drżąc.

„Boże!” - powiedziała. „Proszę wejdź. Zamarzasz. Proszę, pozwól mi pomóc. ”

Wzięła jego plecak i zobaczyła, że ​​on też ma laskę. Położyła je w kącie przy drzwiach wejściowych. Zdjął kapelusz i przyłożył go do serca, jakby składał jej coś świętego. Nie był, ale tak to wyglądało. Był po prostu wzruszony, aby traktować go jak gościa zamiast intruza.

„Wyglądasz, jakbyś mógł użyć jedzenia z tą wodą. Przygotowuję się do podania gulaszu i świeżego chleba - czy mogę też dla ciebie postawić miskę?

„Boże, to brzmi wspaniale - jesteś pewien, że to nie problem? Czy masz dość Nie chcę tego brać, jeśli to wszystko, co masz - powiedział.

„Nie zaoferowałbym tego, gdybym nie miał tego do zaoferowania. Pozwól, że podniosę dla ciebie ławkę. ”

Zdjął płaszcz i rękawiczki i popatrzył chciwie, gdy postawiła przy stole kolejną miskę naprzeciwko niej. Ostrożnie położyła talerz i kolejny starannie złożony bawełniany materiał obok łyżki. Patrzył, jak wlewa do ich misek obfity gulasz, bogaty w pomidory, fasolę i zioła, a także w plastry ciepłego chleba świeżego z pieca. Położyła dwa plasterki na jego talerzu, jeden na jej. Podała mu masło i miód, a on wziął oba. Napompowała wodę do dzbana i postawiła na stole, nalewając mu szklankę, a potem siebie. Zanurkował na posiłek, jego głód był widoczny.

Zjadła powoli i z czcią, pamiętając o pracy, jaką włożyła, aby zebrać warzywa i zioła w gulaszu, wdzięczna za słońce i deszcz, który je pożywił. Kiedy kładła miód na swój chleb, myślała o swoich pszczołach io tym, jak bardzo kochają drzewa z kwaśnego drewna - dały coś pszczołom, które zrobiły najlepszy miód.

Skończył posiłek i był gotowy na kilka sekund, gdy zobaczył, że wciąż smakuje jej kilka pierwszych kęsów. Ale zauważyła, że ​​był gotowy na więcej, więc wstała i napełniła jego miskę, talerz i szklankę. Zjadł ponownie, bo był głodny.

„Nie jesteś głodny?” Zapytał.

„Och tak, jestem”, powiedziała.

„Czy to ci się nie podoba? Ponieważ jest dla mnie pyszny - powiedział.

„Tak, myślę, że to bardzo dobrze” - powiedziała.

„Ale jesz tak wolno - jakbyś naprawdę tego nie chciał” - powiedział.

„Zjadam go powoli, ponieważ chcę delektować się każdym kęsem, aby pamiętać pracę, którą włożyłem, pszczoły włożone, słońce, deszcz i ziemię - wszystko po to, by dać mi ten mały posiłek. I żebym miał czas, żeby to zapamiętać, muszę jeść powoli - powiedziała łagodnym głosem.

Usiadł tam. Był młodym mężczyzną na wędrówce po lesie. Część czegoś, co według niego byłoby fajne, modne. Kupił puchową kurtkę, fantazyjne buty, najlepszy laskę, duży plecak. Oczywiście, nie zapłacił za nic, ani nie pracował nad żadnym z nich - jego rodzice zapłacili za to, ponieważ zapłacili za wszystko inne w jego życiu.

Ale w tej chwili tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiał. Że nawet jedzenie, które jego rodzice kupili w supermarkecie, pochodziło skądś. Jakoś dostał się w paczki. Nigdy nie sądził, że byłby wdzięczny za pracę, która doprowadziła go do tego momentu. Nie myślał o świetle słonecznym, deszczu czy koniecznym podlewaniu. Nigdy nie jadł domowego chleba - nawet go nie widział - i teraz po raz pierwszy ta dziwna, nieco eteryczna kobieta, której imienia nawet nie znał, która nawet nie zapytała o jego imię, powitała go w jej domu , karmiła go własnymi rękami, ogrodami i pokrzywami.

Spojrzał na pustą miskę i okruchy na talerzu. Był pełny w brzuchu, ale czuł się dziwnie pusty. Wiedział, że gdzieś coś przeoczył.

Spojrzała na niego. „Wyglądasz, jakbyś mógł trochę odpocząć. Jeśli leżysz na dywanie w pobliżu pieca na drewno, mam dodatkową poduszkę i kołdrę i powinieneś być wystarczająco ciepły, aby dobrze się wyspać. Myślę, że możesz go użyć - powiedziała.

„Tak, to brzmi nieźle, dziękuję” - powiedział. Zaskoczony, że ta kobieta pozwoli mu tam spać. A jednak jakoś jednocześnie, wcale nie mistyfikowany.

Patrzył, jak wchodzi po drewnianych schodach do jakiegoś strychu, a ona schodzi z poduszką pokrytą białym materiałem i szaloną kołdrą pokrytą wykwintnymi haftami.

„Zostało wykonane przez moją babcię”, powiedziała, kładąc się obok pieca na drewno. Naciągnęła na niego kołdrę.

Ostatnią rzeczą, którą zobaczył, zanim zamknął powieki, była dziewczyna siedząca na bujanym fotelu z dzierganiem, jej pies zwinięty w kłębek obok niej i starannie schowany pod nim ogon. I usłyszał, jak cicho nuci jakieś piosenki, niepewna melodii, ale brzmiała znajomo.

Kiedy obudził się kilka godzin później, jej nie było. Piec na drewno został uzupełniony. Jego plecak stał obok bujanego fotela wraz z laską, kapeluszem i rękawiczkami. W plecaku była bryła i on ją otworzył - był papierowy worek z kilkoma kanapkami zrobionymi z domowego chleba z miodem i masłem orzechowym. Była też notatka.

„Rozkoszuj się chwilą”.

Zawołał - nie znając jej imienia - po prostu zawołał, aby się pożegnać - ale nie było odpowiedzi. Psa też tam nie było. Wzruszył ramionami i wyszedł za drzwi.

Rozejrzał się. Słońce świeciło prosto na domek - prawie w jego oczach - odwrócił się, by ponownie spojrzeć na maleńki dom - ale wyglądał na stary, zniszczony i opuszczony. Drzwi od ekranu przytrzymywał jeden zawias u dołu i uchylały się lekko, krzywo w zimnym wietrze. Drewniane stopnie zostały połamane, więc musiał zachować ostrożność, schodząc.

Czy to wszystko było snem?

Znów sięgnął po plecak. Papierowy worek był tam. Wiadomość była tam. Wszedł do środka - szalona kołdra była tam, ale była wypełniona odchodami myszy i rozdarta. Poszedł po schodach, ale one również zostały zepsute i na górze nie było nic.

Wrócił ostrożnie, aby uniknąć połamanych kroków.

Stał na zewnątrz w świetle. Wrócił myślami do tego, co powiedziała.

Światło było jasne i silne.

Rozejrzał się dookoła - nie było ogrodu, komina na piec na drewno ani dymu - tylko trochę połamanych cegieł, które runęły na ziemię.

Jednak światło słoneczne padało na niego.

Śniegu z poprzedniej nocy nie było w świetle. Zauważył zielone krzewy po swojej prawej stronie - podszedł i wydawało się, że światło podąża za nim. Na krzaku były duże czerwonawo-pomarańczowe jagody - nigdy czegoś takiego nie widział. Ostrożnie sięgnął po jednego i podniósł go - przyłóż do języka, a następnie spróbował - tak dobrze! Wybrał więcej. Wypełnił kieszenie. Jak zimą krzak może być wypełniony jagodami?

Czekać. Czy powinien to kwestionować - czy powinien po prostu zatrzymać się i być za to wdzięczny?

Stał w świetle i włożył do ust jeszcze kilka jagód. Odwrócił się do chaty, która rozpadała się na ziemię tuż przed jego oczami.

Odwrócił się i zaczął wędrówkę - nie, znowu spacer. Odnowiony z duchem wdzięczności. Może to był sen, a może nie. Lekcja, że ​​będzie pracował, żeby nie zapomnieć. Nie mierzył już odległości w milach, ale zauważył drzewa i ich korę, chmury, płatki śniegu, krzaki, jagody, odgłosy uciekających stworzeń, ukrytych grzybów, ptaków wzywających nad głową lub próbujących gniazdować oraz codzienne chwile - starannie złożona szmatka, gliniana miska, domowe jedzenie, wszystkie te rzeczy, które zwykle mijali w dążeniu do życia.

Cieszył się duchową ucztą i teraz będzie nadal karmił się nią.